O niektórych sprawach można coś niecoś usłyszeć lub przeczytać, ale nie można ich jeszcze tak naprawdę zrozumieć albo sobie wyobrazić, dopóki nie przeżyje się tego samemu.
Moje pierwsze spotkanie z network marketingiem miało miejsce w 1994 roku. Trudno to nawet nazwać spotkaniem, gdyż był to telefon od mojego najlepszego przyjaciela. Była to rozmowa na odległość – dzieliło nas od siebie 1000 km. Nie rozmawialiśmy zbyt długo i uzgodniliśmy, że wchodzę w to i że otrzymam od niego niebawem kontakt do kogoś, kto na miejscu pomoże mi się w to zaangażować.
Po krótkim czasie zadzwoniła do mnie ta osoba kontaktowa i zaproponowała mi spotkanie 300 km od mojego miejsca zamieszkania. Miałem wziąć udział w seminarium organizacji, o której nie miałem wtedy zielonego pojęcia. Z duszą na ramieniu wybrałem się w podróż w nieznane. Wróciłem stamtąd z głową jak balon i ze starterem pod pachą – no i jeszcze z książką Franka Bettgera „Jak przetrwać i odnieść sukces w biznesie” i kasetą, na której jakiś lider tej organizacji opowiadał o tym, co można dzięki temu biznesowi zyskać.
To właśnie dzięki tej kasecie i tej książce jestem w tym biznesie, bo jedynie po tym seminarium nie byłoby mnie w nim na pewno - zaskoczyło mnie bowiem to, co tam wtedy zobaczyłem, i to w negatywnym tego słowa znaczeniu. Starter wziąłem, by nie sprawić przykrości mojemu przyjacielowi.
Jakiś czas później zdzwonił do mnie ktoś z Nowego Jorku – jak się okazało poważny lider w tej organizacji, którego już wtedy znała cała networkowa Polska. Chciał do mnie przyjechać i mi pomóc w budowie tego biznesu.
Przyjechał i pomógł mi wystartować – zasponsorował pierwsze moje osoby. Tak się zaczęło.
Potem odwiedzali mnie następni – jeszcze ważniejsi liderzy i też mi czynnie pomagali. Rosłem w tym biznesie i rosła moja grupa. W końcu stałem się i ja najważniejszym liderem tej organizacji na Europę zachodnią.
Sielanka ta trwała kilka ładnych lat, aż za namową pewnego polskiego lidera zachciało mi się spróbować swoich sił w biznesie konwencjonalnym. Ten pochłonął mnie do tego stopnia, za zacząłem zaniedbywać mój network. W końcu inni moi liderzy zaczęli mnie duplikować i też stopniowo przechodzić na stronę konwencji. Organizacja umarła.
Po latach zmagań z różnymi już biznesami tradycyjnymi i po rozpadzie mojej rodziny popadłem w głęboką depresję. Zabrakło mi wtedy nie tylko sił do działania, ale też chęci do życia. Wiedziałem, że popełniłem poważny błąd życiowy i nie mogłem tego odżałować.
Wtedy to właśnie postanowiłem, że jeżeli mam coś jeszcze w życiu robić, to będzie to tylko MLM.
Zacząłem więc rozglądać się na rynku za czymś, co by najlepiej pasowało do mojej osobowości i co mogłoby mnie na nowo zapalić do działania. Przeczesywałem dosłownie rynek za swoim networkiem. Sprawdzałem firmy, plany marketingowe, sponsorów i produkty. Porównywałem je ze sobą.
W końcu wybrałem spośród mnóstwa propozycji to, czym się do dzisiaj zajmuję. Wybrałem firmę z oryginalnym produktem, oryginalną historią sukcesu, z oryginalnym planem marketingowym i oryginalnym sposobem działania:
www.tni-polska.com
Dzięki tej decyzji odbudowałem się nie tylko finansowo, ale też psychicznie. Znowu mogłem stanąć przed lustrem i spojrzeć sobie śmiało i prosto w oczy.
Jestem dumny z tego, że swój sukces oparłem na jeszcze większych sukcesach ludzi ze swojej organizacji. Stanąłem na ramionach gigantów, których sam wskrzesiłem do życia i dzięki temu urosłem.
Tadeusz Fojt – Tahitian Noni International
Zwiń
76/0

