Tylko u nas - Michał Kołtyś przerywa milczenie! Zobaczcie, co prezes Earth Power Europe mówi o powstaniu i perspektywach swojej firmy, swojej mentalności wojownika i współpracy z doktorem Albertem Leungiem i zagranicznymi partnerami.
Poprzez artykuły publikowane w Czytelni chcemy promować branżę MLM i sprzedaży bezpośredniej. Jeśli chciałbyś poinformować nas o ciekawym szkoleniu lub innym wydarzeniu z życia Twojej firmy albo opublikować swój artykuł w Czytelni - napisz do nas
Jestem nowym graczem
Umówiliśmy się na wywiad w hotelu Hilton w Warszawie 5 sierpnia, 2011.
Suportio: Jak to się zaczęło?
Michał Kołtyś: Niewinnie. Od dłuższego czasu jeździliśmy do Stanów i Kanady w poszukiwaniu bardzo dobrego produktu ziołowego. Właściwie wszystko było już dograne i mieliśmy na rynek Europejski wprowadzić inny produkt z bardzo dużym wsparciem producenta. Wtedy przyszło potwierdzenie jeszcze jednego spotkania. Polecieliśmy do Chicago, wynajęliśmy samochód i całą noc jechaliśmy do małego miasteczka Woodbine w stanie Iowa.
S: Siedziba producenta PhytoChi?
MK: Tak, Phyto-Technologies, Inc., tam poznaliśmy Alberta Leunga, jego asystenta Davida oraz szefa produkcji Darina. Pierwsze spotkanie odbyło się w salce konferencynej na antresoli w hali produkcyjnej.
S: Poznaliście człowieka i od razu zdecydowaliście o współpracy?
MK: Albert Leung zrobił na mnie wspaniałe wrażenie doświadczonego naukowca, a przy tym skromnego człowieka, który jest zafascynowany swoimi badaniami. Do tego doszła historia o nieuczciwej firmie dla której on przygotował recepturę produktu i został oszukany, stracił wiele milionów dolarów, bo sprawę wygrał, ale mu nie zapłacili. No i dookoła nas było setki książek, broszur o Tradycyjnej Medycynie Chińskiej.
S: I to wystarczyło?
MK: Nas interesował bardzo dobry produkt, najlepszy, a on potrafił nas przekonać, że PhytoChi takie właśnie jest. Widać było, że bardzo zależy mu na współpracy. Padły nawet słowa, że od lat czekali na kogoś takiego, kto podzieli się ze światem jego produktami. W momencie naszego pierwszego spotkania produkt był już na rynku od 6 czy 7 lat.
S: I?
MK: I się nie sprzedawał. Wyraźnie podkreślaliśmy, że interesuje nas zbudowanie globalnej marki i wyłączność sprzedaży na cały świat. Albert Leung zgodził się na to bez wahania. Powiedział, że potrzebował właśnie takich ludzi jak my. Powiedział, że PhytoChi co prawda jest obecne w Korei Południowej, ale jeden ze wspólników tamtej firmy zniknął i nie wiedzą jak wygląda dalej sprzedaż, w Skandynawii - w tamtym okresie jedna z córek Alberta Leunga była żoną Duńczyka i właśnie jego rodzice mieli się zająć dystrybucją na Skandynawię, choć w momencie naszego spotkania Albert Leung nie widział w tym przyszłości, no i Czesi, co od wielu lat byli, ale sprzedawali niewiele. Albert Leung był przekonany, że szybko dołączą do nas a on obiecywał wsparcie w tym zakresie.
S: Podpisaliście umowę i zaczęliście działać?
MK: Albert Leung wzbudzał nasze zaufanie. Nie podpisaliśmy żadnej umowy. Nawet cenę produktu ustaliliśmy ustnie i takie oświadczenie mi wystarczyło wtedy.
S: Zaczynaliście inwestowanie w jego firmę, wysyłanie pieniędzy do USA i nie mieliście nawet na piśmie gwarancji ceny na PhytoChi?
MK: Wiem jak to wygląda, ale tak właśnie było. Wiedzieliśmy, że czeka nas bardzo dużo pracy. Mieliśmy narysowaną wizję stabilnej firmy produkującej PhytoChi, naszym zadaniem miało być wypromowanie praktycznie od zera tego produktu. Na świecie jest wiele bardzo dobrych produktów, które się nie sprzedają z różnych powodów. Nie od dzisiaj wiadomo, że produkt to bardzo ważny, ale jednak tylko podstawowy element. Później musi być pomysł na promocję, odpowiednie środki i czas, aby dać mu szansę zaistnieć w świadomości odbiorcy. PhytoChi było w płynie, zapakowane w małą, mniej niż półlitrową butelkę z zalecaną miesięczną dawką, a jednocześnie w zbliżonej cenie Albert Leung przygotował produkt w tabletkach, który zawierał 60 tabletek na 2 miesiące. Na rynku, gdzie obowiązuje zasada litrowej butelki nie ma miejsca na takie produkty, w dodatku gdy jeden kanibalizuje drugi. No i jeszcze wybrano kanał dystrybucji, który bez mocnego wsparcia reklamy nie miał prawa zadziałać. Żadne, nawet największe nazwisko naukowca nie dokonałoby tego. Zdecydowaliśmy się zainwestować, znaleźć nową, litrową butelkę a Albert Leung miał dostosować recepturę do większej pojemności. Zdecydowaliśmy także, że butelka litrowa będzie zawierała więcej substancji czynnych, ekstraktów, niż mała butelka. Ustaliliśmy cenę, harmonogram produkcji, niezbędne dokumenty do rejestracji i wróciliśmy do Polski. Czekało nas kilka lat mocnej pracy i inwestycji czasu i pieniędzy.
S: To wtedy przebiegliście maraton?
MK: Nie, maraton był w październiku a nasze spotkanie w marcu. W marcu zaczęliśmy przygotowania do maratonu.
S: Po co?
MK: Po części dlatego, aby sprawdzić na sobie, czy produkt jest tak dobry. Przede wszystkim dlatego, aby się sprawdzić, udowodnić sobie, że mogę. Wie pan, ja mam duszę wojownika, kocham wyzwania no i nigdy wcześniej nie przebiegłem maratonu.
S: Tak, słyszałem o szybowcach, samolotach, nurkowaniu, karate. Co jeszcze?
MK: Aktywny sport. Ostatnio przeżyłem magiczne chwile galopując nad brzegiem morza w Jarosławcu, kilka dni później z Liderami Earth Power o 6:30 rano kąpaliśmy się w wodospadzie Kamieńczyk w Szklarskiej Porębie. Dla takich chwil warto żyć.
S: Czy to prawda, że każe pan ludziom chodzić po tłuczonym szkle i ogniu?
MK: (śmiech) Oni sami chcą i zgadzają się na ewentualne konsekwencje.
S: To jest legalne? Pan prowadzi takie szkolenia?
MK: Szkolenia prowadzę od lat. Anthony Robbins nauczył mnie szukania kolejnego poziomu, robienia rzeczy jeszcze lepiej, ciągłego doskonalenia i dlatego przygotowując kolejną edycję szkolenia Sky is the Limit! zrobiłem uprawnienia międzynarodowego instruktora firewalkingu i glasswalkingu. Każdy, prawie każdy może to zrobić.
S: Robił pan takie szkolenia dla liderów Earth Power?
MK: Tak.
S: Odbiegliśmy od tematu. Co było później, wróciliście do Polski…
MK: Wróciliśmy do Polski, nasz grafik przygotował nowa etykietę, zleciliśmy badania w Instytucie Roślin w Poznaniu, dokonałem zgłoszenia produktu do GIS i po otrzymaniu potwierdzenia przyjęcia zgłoszenia zorganizowaliśmy pierwsze spotkanie produktowe, głównie dla znajomych i rodziny. Efekt był taki, że zaczęli pić.
S: Ale to nie był network marketing?
MK: Tak nam się wtedy wydawało, choć to co wtedy mieliśmy trudno było nazwać bardzo dobrym planem marketingowym, to przyszło później. Coś zaczęło się zmieniać z przyjściem Andrzeja Pieklika, z którym zaczęliśmy współprace w listopadzie 2008 roku. W maju 2009 roku uruchomiliśmy system IT do obsługi dystrybucji. Obroty zaczęły szybko rosnąć, do biznesu zaczęli wchodzić coraz mocniejsi liderzy.
S: Jak wyglądała współpraca z panem Leungiem?
MK: Na początku bardzo dobrze, choć nie bez normalnych docierań, które zawsze występują.
S: Na przykład?
MK: Doktor Leung przebadał w swoim laboratorium inne produkty ziołowe i zaczął upierać się, aby podczas swoich wystąpień te porównania pokazywać.
S: Chodzi o te słynne badania porównawcze, które sam wykonał a które pokazywały wyższość PhytoChi nad innymi produktami?
MK: Tak, tylko czym innym jest wiedzieć, a czym innym jest wyjść do sali, w której jest kilkaset osób i powiedzieć, że we wszystkich innych produktach jest woda, a jedyny dobry to jego produkt. Nawet jak byłoby to prawdą, to tak się nie robi w biznesie, zwłaszcza jak nie dysponuje się niezależnymi badaniami. Network marketing ma to do siebie, że ludzie są bardziej wolni, zmieniają firmy, produkty. To normalne. Nie można komuś kto przez 4-5 lat zajmował się produktem „A” powiedzieć, że okłamywał ludzi, bo w tym produkcie nic nie ma. Nie można opowiadać, że tylko dlatego, że Albert Leung nie zajmuje się już produkcją produktu „B”, to firma, która go produkuje oszukuje ludzi. To jest śmieszne i nieetyczne. To nie był nasz styl. Żałuję, że nie zawsze udawało nam się skasować te slajdy z jego prezentacji. Czasami długo o tym musieliśmy rozmawiać, choć to nie zawsze gwarantowało, że znowu te porównania się nie pokażą. Pamiętam nasze spotkanie robocze w Poznaniu z Albertem Leungiem i Gregiem Pennyroyal, gdzie podczas planowania spotkania Albert Leung upierał się, że musi opowiedzieć o tym jak wszyscy producenci oszukują ludzi i tylko jego metoda Phyto-True i to co on robi jest prawdziwe. Wszyscy inni to oszuści. To były długie rozmowy i przekonywania, że tak się nie robi, startujemy, nie potrzebujemy zrazić do siebie całego świata.
S: A zakład produkcyjny?
MK: Na początku bardzo dobrze. Już na naszym spotkaniu umówiliśmy się, że my zajmiemy się sprzedażą PhytoChi na świecie a Albert Leung będzie odpowiedzialny za produkcję i wspieranie swoim wizerunkiem PhytoChi na zasadach wyłączności. W 2007 roku firma Alberta Leunga, Phyto-Technologies Inc., pracowała jeszcze dla zewnętrznych kontrahentów przygotowując ekstrakty z ziół. Jak się później okazało z czasem tych zleceń było coraz mniej i kolejni zleceniodawcy odpływali do innych firm. W 2010 roku 90% zamówień pochodziło już tylko od Earth Power Europe.
S: Dlaczego?
MK: Jak się okazało powodów było kilka. Główny to za wysokie ceny i brak potrzebnych certyfikatów, w tym GMP (Good Manufacturing Practicies – red.). Myślę, że część kontrahentów rezygnowała także ze współpracy ze względu na trudności w porozumieniu się i rozumieniu ich potrzeb.
S: Zakład pana Leunga nie miał certyfikacji GMP?
MK: Albert Leung na każdym kroku opowiadał, że zakład ma GMP, mamy nagranie wystąpienia z gali, gdzie o tym mówi. Zorientowaliśmy się, że nie ma żadnego GMP w drugiej połowie 2010 roku, gdy potrzebowaliśmy kopii certyfikatu, aby zarejestrować produkt w Azji. Wtedy okazało się, że nie tylko zakład nie ma GMP, ale także w laboratorium też nikt nie pracuje, bo w Phyto-Technologies w ogóle nikt już nie pracuje jeżeli nie liczyć 4-6 godzin w tygodniu Darina Smith’a, który zaczął być na zleceniu jako niezależny doradca, aby nie ponosić odpowiedzialności za działanie fabryki, oraz księgowej i pracowników na godziny.
S: Jak to? Przecież jak wchodzę na stronę www.phyto-tech.com to mogę odwiedzić laboratorium pełne profesjonalistów...
MK: To są stare zdjęcia. Tam już nikt nie pracuje w laboratorium, a sam sprzęt nie jest używany. Z tego co wiem, to firma jest w likwidacji i wyprzedaje majątek, aby zaspokoić choćby częściowo wierzycieli.
S: Bankrutuje?
MK: Przy takich długach i praktycznie braku produkcji, nie ma innego wyjścia.
S: I pan chce mi powiedzieć, że o niczym nie wiedział?
MK: Za pierwszym razem, w marcu 2007 roku widzieliśmy i laboratorium i ludzi w laboratorium. Dopiero rok temu dowiedzieliśmy się, że jest źle i zaoferowaliśmy pomoc.
S: Jaką?
MK: Zacznijmy od początku. W 2007 roku po powrocie z USA zorganizowaliśmy spotkanie z czeską firmą PhytoCZ, która sprzedawała PhytoChi w małych butelkach w Czechach, aby się porozumieć, zacząć razem działać.
S: Gdzie odbyło się to spotkanie?
MK: W Katowicach.
S: Co było celem?
MK: Chcieliśmy się porozumieć co do jednej wielkości butelki, bo zdawaliśmy sobie sprawę z niedogodności, jakie taka sytuacja niesie.
S: I?
MK: Nie było woli porozumienia. Nie dogadaliśmy się. Zdecydowaliśmy, że do rozmowy jeszcze wrócimy i zakończyliśmy spotkanie. Ponieważ Albert Leung przy naszej pierwszej rozmowie w marcu 2007 roku obiecał nam pomoc w załatwieniu tej sprawy, w styczniu 2010 roku pojechaliśmy na spotkanie liderów PhytoCZ w Brnie. Albert Leung też tam był. Podczas rozmowy nowy wspólnik i prezes zarządu w PhytoCZ zaczął snuć plany otwierania nowych rynków: Słowacji, Węgier, Austrii, Niemiec.
S: To nie miały być wasze rynki, pan Leung nie obiecywał wam ich podczas pierwszej rozmowy?
MK: Miały. Taką obietnicę otrzymaliśmy od Alberta Leunga. Dlatego też kilka miesięcy później polecieliśmy do USA i podpisaliśmy umowę na wyłączność na cały świat poza Czechami i Koreą Południową.
S: Co było przedmiotem tej umowy?
MK: W umowie Albert Leung udzielał mnie osobiście, Dawidowi i naszej firmie Earth Power Europe Sp. z o.o. wyłączności na sprzedaż PhytoChi na całym świecie poza Czechami i Koreą Południową w zamian za deklarowane miesięczne zakupy PhytoChi. Chodził o to, że ja będę kupował butelki za min. 60.000 dolarów miesięcznie do końca 2010 roku, od stycznia 2011 miało to być 100,000 dolarów miesięcznie. Dokładnie od marca 2010 miało to być po 60.000 dol, w kwietniu mieliśmy kupić towar za 100.000 dolarów i do końca roku po 60.000 dolarów.
S: I co było dalej? Płaciliście?
MK: Wywiązywaliśmy się z umowy. Wszystkie przelewy były wysyłane zgodnie z umową. Proszę pamiętać, że w tej samej umowie Albert Leung zobowiązał się do wyprodukowania zamówionego towaru, dostarczenia wsparcia technicznego, gdzie chodziło głównie o dokumenty do rejestracji na innych rynkach, w tym Niemiec i, co najważniejsze, wspierania PhytoChi na zasadach wyłączności, jako jedyny produkt ziołowy. Podpisaliśmy umowę i zostaliśmy zaproszeni przez Barbarę Leung na uroczysty obiad.
S: Czyli początek spokojnej pracy, wszystko stało się jasne.
MK: No właśnie nie. Szybko okazało się, że Czesi z PhytoCZ przypomnieli sobie, że Albert Leung im także obiecał Słowację, Austrię i Niemcy.
S: Co na to pan Leung?
MK: Miał zapewnione finansowanie od nas i specjalnie się tym nie przejmował. My płaciliśmy na czas. Były także rozmowy i wymiana maili między nim a Darinem, aby rozwiązać umowę z Czechami jak się nie da z nimi dogadać. Ja nalegałem na porozumienie się i dlatego pojechałem pod koniec czerwca 2010 roku do Ołomuńca na spotkanie z Vaclavem Tomkiem i Janem Matyską z PhytoCZ.
S: Jak wyglądało to spotkanie?
MK: Spotkanie było dziwne. Przyjechałem do hotelu w którym mieliśmy się spotkać dzień wcześniej. Rano dostałem od kelnera butelkę białego wina z informacją, że to od pana Vaclava Tomka z wyrazami uznania. Uznałem, że to świetny gest, z klasą. Vaclav Tomek przywiózł na spotkanie jeszcze jedną butelkę wina, tym razem z własnej produkcji. Spotkanie zapowiadało się bardzo dobrze… do czasu, gdy w kolejnym ruchu Vaclav Tomek podsunął mi na dobry początek umowę do podpisania w której miałem się zrzekać praw do sprzedaży PhytoChi na rzecz jego firmy w takich krajach jak Słowacja, Węgry, Niemcy i Austria oraz wyrazić zgodę na swobodną sprzedaż PhytoChi przez nich w Polsce. Wtedy szybko zrozumiałem, jak wygląda ta misternie przygotowana manipulacja. Najpierw 2 butelki wina i piękny uśmiech miały wzbudzić u mnie zasadę wzajemności i wyłączyć czujność po której miałem zgodzić się na oddanie połowy Europy. Byli doskonale przygotowani do tego manewru. Umowa była już przetłumaczona na angielski i polski.
S: Oni chyba nie wierzyli, że pan to podpisze?
MK: Nie wiem w co wierzyli. Myślę, że mnie nie docenili. Vaclav Tomek to człowiek, który spędził lata pracując w czeskiej firmie sprzedającej chmiel i dodatki dla branży piwowarskiej, był obyty i pewnie te zagrania już się kiedyś sprawdziły, skoro spróbował i ze mną. Widzi pan, aby rozmawiać o partnerstwie, prowadzić negocjacje, trzeba mieć podstawowe zaufanie do osoby, z którą się rozmawia.
S: A pan to zaufanie stracił w tym momencie?
MK: Tak. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę. Opowiadali, że przygotowują się do badań klinicznych, które jak ukończą to PhytoChi stanie się para-lekiem i będzie dostępny w aptekach. Vaclav Tomek powołując się na znajomości w Komisji Europejskiej, jego kolega Czech miał być komisarzem i pomóc mu w załatwieniu tego, mówił, że PhytoChi będzie refundowane i tańsze. W związku z tym sprzedaż wzrośnie.
S: Co w tym złego?
MK: Właściwie nic. Tylko jak będzie w aptekach, to nie będzie w sieci (network marketingu – red.) Jak byłoby refundowane, w co nikt nie wierzy, to nie byłoby miejsca na wypłaty z planu marketingowego. Po prostu nie wolno wykorzystywać ludzi i network marketingu jako narzędzia do wypromowania produktu, który później ma trafić na półki w aptece. No i może to, że z Albertem Leungiem umówiliśmy się, że PhytoChi będzie sprzedawane w sieci, nie w sklepach. Na tym spotkaniu także dowiedziałem się, że pół roku wcześniej Albert Leung podpisał w McDonaldzie w Amsterdamie umowę z PhytoCZ na rozwój technologii Phyto-True. Założyli spółkę Phyto-True, która miała za zadanie prowadzenie badań. W styczniu 2011 roku Albert Leung wniósł patent na Phyto-True i przekazał dokumenty dotyczące tej technologii spółce Earth Power Sp. z o.o. obejmując w niej udziały i stając się członkiem zarządu, ale do tego pewnie później jeszcze wrócimy.
S: Pan o tym nic nie wiedział?
MK: Nie. Proszę pamiętać, że na przełomie maja i czerwca 2010 roku Albert Leung zaprosił mnie w podróż na Daleki Wschód, gdzie miałem poznać jego kontakty na uniwersytecie w Chengdu oraz ludzi odpowiedzialnych za produkcję ekstraktów do PhytoChi. Podróż była wspaniała. To miał być początek jeszcze ściślejszej naszej współpracy. Albert Leung zdawał sobie sprawę i często mówił, że chciałby, abym to ja dalej niósł jego pasję do produktów ziołowych. Dzielił się ze mną swoimi sekretami, poznawał z ludźmi, razem podróżowaliśmy, kąpaliśmy się w gorących źródłach, odwiedzaliśmy rodzinne strony w Hong Kongu i spędziliśmy kilka dni z jego córką Amy i jej nowym chłopakiem, uszyliśmy garnitury u tego samego krawca w Kawloon. Było wspaniale. W tamtym okresie był dla mnie jak ojciec, przewodnik duchowy do świata medycyny naturalnej. Wiedział, że nie będzie żył wiecznie i rozumieliśmy, że aby Firma była stabilna, nie tylko on może wiedzieć jak wyprodukować PhytoChi i inne jego produkty. Miesiąc później było spotkanie z Czechami w Ołomuńcu na którym dowiedziałem się o tej umowie.
S: Zapytał pan pana Leunga?
MK: Od razu.
S: Co powiedział?
MK: Potwierdził i dodał, że chodziło mu o to, aby działać razem i ma nadzieję, że ja dołączę do niej i będziemy działać razem. A wszystko to zrobił dlatego, aby rozwijać badania i tak dalej.
S: Przekonało to pana?
MK: Wtedy zaczęły pojawiać się już także inne czerwone flagi. Po 4 miesiącach regularnego płacenia za PhytoChi, w lipcu 2010 roku dowiedziałem się, że muszę dopłacić jeszcze więcej, bo Phyto-Technologies ma problemy finansowe i nie ma pieniędzy na zakup butelek, nakrętek i opłacenie drugiej wpłaty za ekstrakt z Azji.
S: Zapłacił pan?
MK: A miałem inne wyjście? Zapłaciłem i zaproponowałem, że pomogę w restrukturyzacji firmy. Dostałem dokumenty finansowe z których wynikało, że firma ma wielomilionowe długi w bankach i u dostawców komponentów, a wszystko to przy braku zamówień, bo jedynym zamawiającym byłem ja i w 15% firma z Czech.
S: Jaki był plan?
MK: Zaprosiłem kilku kolegów z SGH, którzy obecnie pracują w dużych międzynarodowych firmach konsultingowych, firmach M&A (Mergers and Acquisitions – połączenia i przejęcia – red.) i audytorskich o opinię. Wszyscy powiedzieli właściwie to samo. Koszty obsługi zadłużenia i koszty stałe są zbyt duże jak na obecną wielkość zamówień. Do tego dochodziła archaiczna linia produkcyjna, gdzie ludzie zakręcali butelki ręcznie jedna po drugiej, co rodziło czasami komplikacje. Wtedy także pojawiła się współpraca z Azją i partnerzy z Azji potrzebowali licznych dokumentów, aby zarejestrować produkt. A Albert Leung najpierw obiecywał, że je przygotuje, aby później napisać, że nie ma jak tego zrobić, bo już nie ma nikogo w laboratorium.
S: Jak to? Mieliście wyłączność na cały świat i wsparcie i nie otrzymywaliście potrzebnych dokumentów, aby otworzyć nowe rynki?
MK: No właśnie. Nie mogliśmy dostarczyć dokumentów do rejestracji na Ukrainie, w Niemczech, w krajach azjatyckich. Zaczynaliśmy tracić te kontakty. Nasi partnerzy strategiczni naciskali, a my nie mogliśmy im nic przesłać. Po zbadaniu sytuacji finansowej Phyto-Technologies, a proszę pamiętać, że wszystkie te operacje robiłem inwestując swój czas i osobisty majątek, aby pomóc przyjacielowi, jedyna rekomendacją było ogłoszenie przez doktora Leunga bankructwa Phyto-Technologies, ułożenie się z wierzycielami i rozpoczęcie produkcji zewnętrznej poprzez outsourcing butelkowania bo przecież podstawowe ekstrakty pochodzą z Azji, a to one stanowią o jakości tego produktu.
S: Pan Leung przyjął tę propozycję?
MK: Nie chciał o tym słyszeć. A sytuacja stawała się coraz poważniejsza, bo choć ruszyła produkcja na parę miesięcy po tym, jak przelałem więcej pieniędzy w lipcu 2010, to w listopadzie wróciliśmy do punktu wyjścia, tyle, że doszło jeszcze kilka ważnych elementów, które jeszcze bardziej osłabiły moje zaufanie do Alberta Leunga.
S: Co takiego?
MK: Już wcześniej dochodziły do nas informacje, a we wrześniu 2010 dostałem dowody. Otóż na zlecenie firmy z Filipin pod nazwą Elyse Wellness, reprezentowanej przez Frediego Motos i Lucille Villa, Albert Leung zgodził się przygotować konkurencyjny do PhytoChi produkt ziołowy, który miał wspierać na świecie na zasadach wyłączności przez następne 2 lata.
S: Jak to, to nie miał wspierać PhytoChi?
MK: Tak się umówiliśmy i tak ja rozumiałem naszą współpracę i umowę. Okazało się, że choć Albert Leung nie ma laboratorium i możliwości przygotowania dokumentów, aby zarejestrować PhytoChi w Azji i pozostałych krajach Europy, to jest gotowy stworzyć nową formułę i produkt, który wprowadzi na rynek na Filipinach. Do tego jeszcze ten produkt miał być tańszy niż cena jaką ja płaciłem mu za każdą butelkę PhytoChi.
S: Jak to wytłumaczył?
MK: Zapomniał mi o tym powiedzieć. On zapomniał, Darin zapomniał i księgowa zapomniała. Wyglądało to tak, że ja wysyłam regularnie pieniądze za PhytoChi, którego oni nie są w stanie wyprodukować, bo brakuje pieniędzy, gdyż to co wysyłam zjadają opłaty dla banków, chcę otwierać nowe rynki i nie mogę, bo nie mam jak tego zrobić bez dokumentów od producenta, a w tym samym czasie Albert Leung przygotowuje kontrakt i recepturę dla konkurencyjnej firmy.
S: To trochę mało eleganckie. Receptura powstała?
MK: Tak, powstała receptura, choć nic z tego nie wyszło i firma Elyse Wellness rozpoczęła współprace z inną firmą.
S: Przypadek?
MK: Wtedy tak myślałem.
S: A dzisiaj?
MK: A dzisiaj więcej widziałem, mam więcej dowodów i wiem więcej. Jeżeli pan pozwoli to wrócimy do tego wątku w dalszej części. W listopadzie 2010 roku znowu okazało się, że za parę miesięcy skończą się komponenty i powróci problem finansowy. Do tego usłyszałem od Alberta Leunga, że jak chcę dostać dokumenty, to muszę zainwestować w Phyto-Technologies dodatkowe 500.000 USD, aby zatrudnić ludzi do laboratorium i generalnie przygotować zakład do standardów GMP. To działanie nie miało sensu. Firma miała wielomilionowe długi i majątek na poziomie kilkuset tysięcy dolarów. To po prostu nie miało żadnego ekonomicznego sensu. Do tego w realiach kryzysu amerykańskiego, gdzie firmy raczej się zwijały, a nie przejmowały inne. Na tym etapie także inny znajomy Alberta Leunga, Jamie zdecydował po wielomiesięcznych rozmowach z Albertem i Barbarą Leung, że nie chce w żaden sposób inwestować w jego firmę, bo nie widzi sensu, grzecznie podziękował i wycofał się ze współpracy. Brałem udział w tych rozmowach i wymianie maili między Omaha i Republiką Dominikany.
S: I wysłał pan te pół miliona dolarów?
MK: Nie, bo to nie miało sensu. Na tamtym etapie doktor Leung i jego 2 firmy na które płaciłem, Phyto-Technologies, Inc. i Earth Power Inc. były mi winne ok. 300.000 dolarów w towarze, którego nie mogły wyprodukować. Powiedziałem, że to nie ma sensu i zaproponowałem pomoc w restrukturyzacji firmy i przeniesieniu produkcji do Europy, gdzie Albert Leung doglądałby jej osobiście, choć nie było to konieczne, w momencie butelkowania. W listopadzie poleciałem do Omaha, aby porozmawiać o tym. To co usłyszałem, to to, że jak nie zapłacę to doktor Leung rezygnuje i odchodzi na emeryturę, a zakład zamyka i nikt nie będzie miał PhytoChi.
S: Obraził się. Co było później?
MK: Na połowę stycznia 2011 roku mieliśmy zaplanowane spotkanie Klubu Platinum (top liderzy EPE – red.) a na 23. stycznia konferencję z udziałem Alberta Leunga. Przez cały grudzień miałem informację, że jak nie zapłacę więcej niż wynika z naszej umowy i nie będę utrzymywał w produkcji Phyto-Technologies, Inc., to doktor Leung do Warszawy nie przyleci.
S: Na jakiej podstawie miał pan zapłacić więcej?
MK: Bo mam. To taka logika, że ty masz to mi daj, bo ja potrzebuję.
S: Przecież to była firma pana Leunga, dlaczego Pan miałby ją finansować?
MK: Bo byłem jedyną osobą od której można było spróbować wyciągnąć jeszcze więcej pieniędzy.
S: Przyleciał?
MK: Na początku stycznia przekonałem go, że nie warto tego niszczyć, że jak tak zrobi to wszyscy stracą, że mamy ogromną odpowiedzialność w stosunku do ludzi w Polsce, Europie, ale także już w USA. Zaproponowałem ponowne spotkanie z Czechami z PhytoCZ w Warszawie w celu założenia wspólnej, globalnej firmy, która zajęłaby się produkcją i dystrybucją PhytoChi na całym świecie.
S: Po tym jak pana potraktowali w czerwcu 2010 roku, pan na nowo zaprosił ich do rozmów? Po co?
MK: Bo w tym momencie wszyscy mogliśmy tylko stracić. My byliśmy bardzo blisko wystrzelenia i szybkiego rozwoju. W listopadzie 2010 roku zrobiliśmy ponad 6 tysięcy butelek. Zaczynało się. Nie wolno było tego zmarnować. Żaden biznes, a zwłaszcza network marketing nie lubi takich dwuznaczności i sytuacji. To niszczy biznes.
S: To dlaczego nie chciał pan ratować Phyto-Technologies jak wszystko tak dobrze się rozwijało?
MK: Dam panu przykład. Taki zakład, aby miał sens istnienia musi miesięcznie produkować min. 100.000-150.000 butelek, jak ma długi to jeszcze więcej. Ja potrzebowałem miesięcznie 6-7 tys. butelek, płaciłem i zamawiałem znacznie więcej. To nie miało sensu. Produkt ma swój czas przydatności do spożycia, nie ma sensu tworzyć zbędnych zapasów magazynowych. W kraju powinny być zapasy na min. 6-8 miesięcy prognozowanej sprzedaży, ale nie więcej.
S: Czesi przyjeżdżają do Warszawy?
MK: Tak, spotkanie organizujemy w Warszawie. I właściwie dogadujemy się co do wszystkich punktów. Albert Leung pisze list do rodziny i przyjaciół, gdzie ogłasza koniec sporów i początek nowej ery. Jedna butelka, rozważamy 750 ml, jeden plan marketingowy, jeden system IT i jedna spółka z globalną dystrybucją, produkcja w Europie na Europę i w USA na USA. Czesi wracają, a my z Albertem Leungiem jedziemy w Bieszczady na spotkanie Platinum Club. W Bieszczadach odpoczywamy, Albert Leung jeździ na skuterach śnieżnych, jest wspaniale. Ponieważ z Vaclavem Tomkiem i Janem Matyskiem z PhytoCZ jesteśmy dogadani, zapraszamy ich na naszą Konferencję i sadzamy w pierwszym rzędzie, przedstawiamy jako partnerów z Czech. Otwiera się nowy rozdział naszej współpracy. Następnego dnia jesteśmy umówieni z Czechami i Albertem Leungiem na spotkanie w biurze Earth Power Europe na dogranie umowy spółki.
S: Jak wygląda to spotkanie?
MK: Czesi słabo mówią po angielsku, więc z nimi jest tłumaczka. Rozmawiamy o udziałach i zgadzamy się, że doktor Leung będzie miał 5% udziałów w nowej spółce, Czesi 15%, Earth Power Europe 80%.
S: Dlaczego takie udziały? Dlaczego tylko 5% dla pana Leunga?
MK: Ponieważ Albert Leung podstawową część swojego wynagrodzenia odbierać miał w postaci royalties (suma płacona twórcy produktu za każdą butelkę – red.) za PhytoChi jak i każdy nowy produkt, który nasza nowa Firma miała kiedykolwiek wyprodukować.
S: A Czesi?
MK: Ustaliliśmy, że ich 15% odpowiada proporcji w rynku i obrocie. Zaczęliśmy rozmowy o prezesie spółki i dla nas oczywiste było to, że prezesa wskaże Earth Power Europe.
S: Pana?
MK: TAK, ja miałem zostać prezesem i odpowiadać za rozwój na rynkach światowych, bo znam angielski, bo sprawnie się po nich poruszam. Vaclav Tomek miał odpowiadać za produkcję współpracując z Albertem Leungiem. Albert Leung miał mieć zapewnione spokojne warunki do pracy naukowej i wspierać PhytoChi na zasadach wyłączności.
S: Wierzył pan w to po historii z Elyse Wellness?
MK: Tak, to miało sens. Miałem poczucie, że tworzymy coś wielkiego.
S: Czesi też?
MK: W którymś momencie rozmowy z Czechami utknęły w martwym punkcie.
S: Podczas tego spotkania?
MK: Tak. Zdali sobie sprawę, że firmą będę zarządzał ja, a nie ktoś od nich.
S: To chyba oczywiste jak się ma 15% udziałów?
MK: W biznesie tak.
S: I co zrobili?
MK: Zaczęli proponować, że może umowę podpiszemy później. Może innym razem. Nagle zaczęli potrzebować więcej czasu na przemyślenia. Gdy nie było już wiadomo, o co chodzi a blokującym porozumienie był Jan Matyska, to poprosiłem go o rozmowę w pokoju obok i zapytałem wprost.
S: Co powiedział?
MK: Na początku nie chciał powiedzieć o co mu chodzi. Później powiedział wprost, że to tak nie może być.
S: Czyli jak?
MK: Nie może być tak, że prezesem firmy jest Polak.
S: ?
MK: No bo zawsze tak było, że Polacy to są od pracy, delikatnie mówiąc, a Czesi od organizacji tej pracy. W jego głowie nie mieściło się, że Polak mógłby być prezesem tej firmy i nią zarządzać.
S: Czuł się lepszy?
MK: Nie wiem jak się czuł. Ja wiedziałem, ze po takim argumencie nie ma sensu dalsza rozmowa. Rozmawiać można o argumentach merytorycznych. Jeżeli natomiast ktoś podważa czyjeś kompetencje ze względów narodowościowych, to jest to nacjonalizm gospodarczy, a nie biznes.
S: Przecież cały świat tak działa.
MK: Tylko czy to oznacza, że Polska nie zasługuje na własną firmę na rynku MLM w branży wellness, która ma aspiracje globalne? Czy tylko dlatego, że do tej pory tak było to zawsze Polacy mają pracować dla czeskich właścicieli firm? W czym moje pieniądze, w czym polski kapitał jest gorszy od czeskiego czy zachodniego?
S: Co na to Leung?
MK: Albert Leung nie rozumiał zachowania Czechów i wyglądało, że bardzo zależy mu na tym porozumieniu. Nie rozumiał tej argumentacji Jana Matyska, powiedział, że Michał jest świetny w promocji, sprzedaży, marketingu i taka osoba jest nam potrzebna do sukcesu. On siadł przed Vaclavem Tomkiem i Janem Matyską w towarzystwie ich tłumaczki i powiedział im wprost, że z nimi lub bez nich podpisuje umowę z nami i powołuje globalną firmę.
S: Co na to Czesi?
MK: Zaproponowałem, aby wyszli do innego pomieszczenia i się naradzili. Po powrocie widać było łzy w oczach Vaclava Tomka, który bardzo chciał się porozumieć. Takie miałem przekonanie. Powiedział nawet, że on widzi wielką szansę. Jan Matyska blokował porozumienie. Widać było, że się ze sobą pokłócili i Vaclav Tomek przeprosił, poprosił o zamówienie taksówki i wrócił do hotelu sam. To była bardzo emocjonalna chwila.
S: Co było dalej?
MK: Było późno. Odwieźliśmy Alberta Leunga do hotelu i umówiliśmy się na spokojne rozmowy następnego dnia. Miałem nadzieję, że Czesi to przemyślą i się dogadamy. Zostawali w Warszawie na noc.
S: Pan jest chyba naiwny?
MK: Może czasami za bardzo wierzę w ludzi.
S: Spotkaliście się następnego dnia?
MK: Z Czechami nie. Z Albertem Leungiem tak. Dograliśmy umowę spółki w języku polskim i angielskim. Bo choć prawo polskie nie wymaga umów w innym języku niż polski, to chcieliśmy, aby Albert Leung miał komfortową sytuację. Prawnik znał płynnie język angielski. Przy akcie notarialnym był tłumacz przysięgły, który cała umowę przeczytał, przetłumaczył, a prawnik upewnił się, że Albert Leung wszystko rozumie.
S: Pan Leung otrzymał 5% udziałów?
MK: Nie. W drodze do notariusza zaczął z nami negocjować. Miał przekonanie, że Czesi wrócą i chciał do ich powrotu zatrzymać dla nich te 15% udziałów.
S: Zgodziliście się?
MK: Tak. Albert Leung w zamian za patent i nazwę PhytoChi, Earth Power, Phyto-True i LiFe objął 20% udziałów. Wróciliśmy do biura. Byliśmy bardzo zadowoleni. Nagraliśmy wspólne oświadczenie dla Partnerów Earth Power.
S: Co z Czechami?
MK: Stwierdzili, że potrzebują czasu na przemyślenia i kontakt się urwał. Jeszcze podczas pobytu Alberta Leunga w Polsce zdecydowaliśmy, że ponieważ w magazynie w Woodbine, w Phyto-Technologies jest jeszcze 20.000 butelek PhytoChi, naszych dużych butelek, z naklejkami w języku polskim, to 4.000 butelek prześlemy do naszego partnera w Chicago, a pozostałe 16.000 zostanie wysłane pociągiem i nadane na statek. Standardowa procedura transportu morskiego, która wielokrotnie praktykowaliśmy.
S: To o ten kontener chodzi?
MK: Tak. 4.000 butelek dotarło do Chicago, a my otrzymaliśmy wszystkie potrzebne dokumenty do odbioru kontenera po dopłynięciu do portu w Gdyni.
S: Od kogo?
MK: Od pracowników Phyto-Technologies. Certyfikaty analizy, fakturę, która była już w ubiegłym roku opłacona comiesięcznymi zaliczkami.
S: I co było później?
MK: Przetłumaczyliśmy dokumenty i wysłaliśmy je do obsługującej nas agencji celnej w Warszawie. Najpierw dostaliśmy wiadomość, że wszystko jest OK. Chwilę później zadzwonił agent celny i powiedział, że konosament (bill of lading – dokument własności kontenera) został zmieniony i obecnie w systemie jako odbiorca i właściciel kontenera figuruje firma z Czech.
S: PhytoCZ?
MK: Tak. Podejmujemy działania i zawiadamiamy najpierw policję, później prokuraturę o próbie popełnienia przestępstwa w postaci ponownego sprzedania tego samego towaru przez Alberta Leunga.
S: Co na to prokuratura?
MK: Wszczyna postępowanie i wydaje nakaz zabezpieczenia towaru w porcie Gdynia.
S: Byliście w Gdyni?
MK: Byliśmy wszędzie, gdzie tylko mogliśmy, aby zatrzymać tę kradzież.
S: Podobno śledziliście Czechów?
MK: Tak, z lornetką (śmiech). Porozmawiajmy poważnie.
S: Mówię, co opowiadają ludzie po spotkaniu z Czechami.
MK: Spotkaliśmy się u kierownika portu na Nabrzeżu Bułgarskim i później pojechaliśmy do swojej agencji celnej, która mieści się w tym samym budynku co wszystkie agencje celne w Gdyni. Patrząc na pośpiech i nerwowość pracowników PhytoCZ odnosiliśmy wrażenie, że są przestraszeni. Może mieli świadomość tego, co robią?
S: Co było później?
MK: Później Czesi odwołali się od decyzji prokuratury i prokuratura zwolniła zawartość kontenera…aby na odwołanie reprezentującej nas kancelarii prawnej ponownie go zabezpieczyć.
S: To gdzie jest teraz ten kontener?
MK: Nie wiem. Nie dostaliśmy odpowiedzi na oficjalne pismo naszej kancelarii w tej sprawie. Ważne są natomiast takie fakty, że kontener zawierał butelki z polską etykietą, co potwierdziła rewizja w porcie, wyprodukowane dla Earth Power Europe Sp. z o.o., produkt był przez nas opłacony w całości i z nadwyżką, a Albert Leung próbował sprzedać go jeszcze raz.
S: Skąd ta zmiana frontu u doktora Leunga?
MK: Nie mam pojęcia. Ja nie wiem oficjalnie o żadnej jego zmianie. Widzę, tylko działania, które mnie zadziwiają, choć ostatnio wpisują mi się w całość. Najpierw próbowałem do niego zadzwonić parę razy. Nie odbierał, albo odkładał słuchawkę. Wymieniliśmy parę maili. Nadal jest mi winien dużo pieniędzy. Wie pan, ludzie w długach, z problemami robią różne rzeczy. Czasami jeszcze drastyczniejsze. Ja myślę, że on się gdzieś pogubił. Zgubiła go po raz kolejny gra na wiele frontów i próba ugrania czegoś tam jeszcze. Brak elementarnych podstaw lojalności. Przecież to nie pierwszy raz w życiu Alberta Leunga. Te historie są znane na rynku. Mnie tylko dziwi, że jemy w wieku 75 lat ciągle jeszcze się chce, ciągle nie wyciągnął swoich wniosków z tych lat i wcześniejszych niepowodzeń. Przecież to Albert Leung odpowiada za upadek Phyto-Technologies, to on odpowiada za to, że firmy przestały kupować komponenty u niego. Kto inny?
S: I później pojawił się tekst w Network Magazynie?
MK: Najpierw 22 lutego napisał do mnie Maciejewski informując, że doniósł do prokuratury na Daniela Kubacha, swojego wspólnika w 4Media Publisher Sp. z o.o. (wydawca Network Magazynu – red. ), i prosił o przypomnienie sobie odpowiednich faktów, aby mu pomóc w oskarżeniu.
S: Jakich?
MK: Jakoby Daniel Kubach działał na niekorzyść wydawcy Network Magazynu, a ja miałem znaleźć w swoich kontaktach datę tego spotkania i potwierdzić.
S: I co pan zrobił?
MK: Kategorycznie odmówiłem.
S: I co zrobił pan Maciejewski?
MK: Straszył mnie jakimiś nagraniami, które miały spokojnie sobie odpoczywać w redakcyjnym sejfie. Mam na to dowody w postaci maila od niego. Chętnie się podzielę.
S: I co dalej?
MK: Kontaktował się i wyraźnie dawał do zrozumienia, że pisał i tak będzie o Earth Power Europe, tylko jak to już zależy ode mnie.
S: Jak to?
MK: Widzi pan, mechanizm jest bardzo prosty. Network Magazyn przez długi czas był jedynym magazynem branżowym. Maciejewski dodatkowo miał wpływ na Suportio i stworzył grono Top Liderów MLM, gdzie jak ktoś zaczynał myśleć samodzielnie to go wyrzucał i zaczynał niszczyć. Chociażby ostatni przykład Piotra Jabłońskiego i innych, którzy odeszli z tego grona, bo nie chcieli dalej firmować działalności Maciejewskiego. To wszystko dawało mu ogromną siłę. Proszę sobie wyobrazić, że powstawała nowa firma i chciała zaistnieć na ryku w Polsce. Wtedy mechanizm działał tak, że jak płacili za ogłoszenia, to pisano dobrze. Jak płacili jeszcze więcej to jeszcze lepiej.
S: W jaki sposób?
MK: W postaci reklam, szkoleń prowadzonych przez redaktora. Sposobów jest wiele.
S: To nie mógł pan zapłacić?
MK: To nie o to chodzi. Od lat Network Magazyn jest tubą innej firmy zajmującej się innym tonikiem ziołowym, która do tego za swój ciągły spadek sprzedaży obarcza odpowiedzialnością Earth Power Europe.
S: To poważne zarzuty. To brzmi jak tworzenie tekstów i niszczenie pana firmy na zlecenie.
MK: A jak pan nazwie to, że przed ukazaniem się artykułu w Network Magazynie, Maciejewski wysyła do mnie maila o 19:19 w Wielki Czwartek, 21 kwietnia z informacją, że w poniedziałek wielkanocny będzie publikowany tekst o mojej firmie jakobym nie zapłacił Leungowi, oświadczenie Alberta Leunga, nowa spółka, kontener. Wszystko mają przygotowane. Są po wielu spotkaniach. On mi właściwie nie zadaje pytania, on mnie informuje, że zaczyna realizować zlecenie. To miało mi zepsuć święta, miało mnie zniszczyć psychicznie.
S: Nie dzwonił do pana, nie chciał się umówić na wywiad?
MK: Nie. Ani razu do mnie nie zadzwonił, nie kontaktował się z biurem. Proponowałem spotkanie i rozmowę. Tylko co to go interesowało? On miał zlecenie i zaczął je realizować. Jako dziennikarz miał obowiązek wysłuchać drugiej strony. Nie dano mi żadnego prawa do przedstawienia dokumentów. Jestem przekonany, że tekst powstał przed wysłaniem tego maila. Później dopisał tylko zakończenie. Reprezentująca nas kancelaria pozwała zarówno Maciejewskiego jak i wydawcę i sprawa trafiła do sądu.
S: Dlaczego nie zdecydował się pan na ripostę?
MK: Na początku nie rozumiałem tej sytuacji. Chciałem się z nimi skontaktować, porozmawiać, przedstawić swoje stanowisko. Przecież miałem do tego prawo. Tak mi się wydawało. Każdy ma prawo do obrony, ma prawo do przestawienia swoich argumentów, dowodów. Przecież dowody są. Wszystkie przelewy były robione z konta. To wszystko mamy i będziemy prezentować w sądzie.
S: Co sprawiło, że zmienił pan zdanie i zdecydował się przerwać milczenie?
MK: Kilka spraw. Po pierwsze, jak dostałem 19 lipca maila od Piotra Wajszczaka z Network Magazynu, który pisał, że chce przygotować rzetelny artykuł o mojej firmie, a jedyne pytanie jakie ma, to czy firma zmieniła siedzibę na Poznań.
S: Nie było innych pytań?
MK: Nie. Zaproponowałem spotkanie.
S: Odbyło się?
MK: Skąd. Oni panicznie boją się ze mną spotkać. Bo i po co. Przecież to jest zlecenie, które ma już postawioną tezę. Ich zadaniem jest zniszczenie mojej wiarygodności. Nie za bardzo mają co napisać, więc dorabiają, insynuują. Panu Wajszczakowi proponowałem spotkanie w jego mieście. Nie chciał. Mechanizm jest bardzo prosty.
S: To znaczy?
MK: Największe kłamstwo i manipulacja podana z trzech źródeł wygląda jak prawdziwa i ludzie ją kupują. Maciejewski najpierw publikuje w Network Magazynie, później jego awatary pracują na Suportio, a na koniec opisuje sprawę na swoim blogu. To wystarczy, aby niezorientowany gracz się przestraszył, nie chciał wejść do biznesu.
S: I ludzie to kupują?
MK: Niestety tak. Pytał mnie pan dlaczego zdecydowałem się na ten wywiad. W ubiegły piątek poprosiło mnie o spotkanie dwoje naszych top liderów z Warszawy. Byli po 2 spotkaniach z Vaclavem Tomkiem z PhytoCZ i chcieli zadać mi kilka pytań, aby mieć odpowiedzi z pierwszej ręki. Na moich liderów została wywarta taka presja, że ludzie tego nie wytrzymują. To potężne narzędzia manipulacji. Spotkanie skończyło się w szpitalu na Stępińskiej z diagnozą za dużo stresu i zaleceniem odpoczynku.
S: U pana?
MK: Nie, u mojego lidera.
S: Skąd te zmasowane działania?
MK: To jest policzalny biznes. Biznes, który jest wart setki miliardów dolarów w skali świata i ciągle rośnie. Tutaj chodzi o tort, który został już podzielony. Ja jestem nowym graczem, śmiałem stworzyć pierwsza polską firmę, z polskim kapitałem i do tego mam aspiracje globalne. Chcę się rozwijać. Ile butelek ziół może pan pić w tym samym czasie? Ile produktów? Kapitał międzynarodowy przestraszył się nowego gracza, porozumiał i przystąpił do działania. Maciejewski, Wajszczak to tylko najemnicy, którzy mieli wykonać wyrok.
S: To mocne słowa.
MK: Network Marketing to biznes, w którym nikomu nie można niczego kazać. Liderzy przychodzą, odchodzą, zmieniają firmy. To normalne. Będąc właścicielem firmy trzeba to zaakceptować i gdy odchodzą życzyć powodzenia. Na tym polega piękno i wyzwania tego biznesu. Jak firma zawiesza liderów i ma liczne sprawy sądowe z nimi to nie powinna się dziwić, że obroty spadają i będą spadać.
S: Chodzi panu o jakąś konkretną firmę?
MK: To dotyczy każdej firmy. Zrobiliśmy coś ważnego, coś co ma wielkie szanse i inni się tego przestraszyli, a ponieważ nie ma żadnych merytorycznych argumentów, tworzymy insynuacje, pomówienia. Oni wiedzą, że takie sprawy toczą się w sądach latami. Często do tego czasu nie ma już firmy. Na to liczyli i tutaj.
S: I już przestaną? Myśli pan, że ludzie się obudzą i przejrzą na oczy?
MK: Oni ciągle pracują. Podobno teraz tworzą filmy. Zapomnieli o relacjach z sądu z rozpraw ich mocodawcy z zawieszonymi liderami, a tutaj sensacją jest zmiana siedziby spółki przez Earth Power Europe. Każdy rozsądny człowiek widzi, że jest to manipulacja pisana dużymi literami.
S: Wyobrażam sobie, że to przez co pan musiał przejść przez ostatnie miesiące to potężny stres. Nie znam wielu osób, które dałyby radę takiemu wyzwaniu. Nie myślał pan czasami aby dać sobie spokój?
MK: Przecież oni na to liczą od samego początku. Proszę zauważyć, przygotowali atak ze wszystkich stron i nie rozumieją jak to jest, że firma ciągle działa, wypłaca prowizje, rośnie jej sprzedaż ostatnio, ma nowy produkt, przygotowuje kolejne, które będą hitem.
S: A co z produkcją PhytoChi?
MK: Bardzo dobrze. Produkujemy w Unii Europejskiej w fabryce posiadającej najwyższej standardy jakości w tym ISO i GMP. Składniki i ekstrakty pochodzą z tych samych źródeł. Produkt jest najwyższej jakości. Obecnie jesteśmy na etapie potwierdzania w odpowiednich urzędach praw patentowych, których jesteśmy właścicielami. To jeszcze chwilę potrwa. Po prostu pracujemy i robimy swoje. Ludzie, którzy się wahali, wracają i zaczynają działać. Widzą nową jakość, wydaliśmy płytki szkoleniowe, wyszedł pierwszy magazyn firmowy. To wszystko w jeden miesiąc. Pracuje nad tym zespół kilkunastu najbardziej zaufanych liderów Firmy. To wspaniali ludzie na których mogę liczyć. Dostałem od nich bardzo dużo wsparcia i to im zawsze będę pamiętał.
S: A tak normalnie po ludzku, przecież to przez co pan przeszedł to jest nadludzki wysiłek i stres?
MK: Myślę, że to 10 lat treningów Karate Kyokushin ukształtowało we mnie duszę wojownika. Maraton nauczył mnie, że o sukces trzeba walczyć i to trwa. Nauka pilotażu dała spojrzenie z dystansu. Wszystkie doświadczenia są przecież w życiu potrzebne. Przecież oni nie mają siły, aby mnie zatrzymać. Nie mają takiej władzy. Tym co robią, sprawiają, że staję się jeszcze lepszy, bardziej przygotowany. Ja się budzę codziennie rano i zastanawiam jak dzisiaj mogę być lepszy w tym co robię.
S: Chce mi pan powiedzieć, że te wszystkie sytuacje nie niosły ze sobą stresu?
MK: Nie. Czasami było mi bardzo trudno, ciężko. Ta rozgrywka została dobrze przygotowana. Tylko ja byłem za mocny.
S: I co pan wtedy robił?
MK: Przypominałem sobie po co to robię, jakie jest moje „dlaczego”, szedłem pobiegać lub jechałem do klubu, aby postrzelać.
S: Z czego pan strzela?
MK: Od lat jestem członkiem klubu strzeleckiego. To mnie bardzo uspokaja i relaksuje. Aby trafić musi pan całkowicie oczyścić umysł. To taki jeden z moich sposobów aktywnej medytacji.
S: A są już kolejne wyzwania?
MK: W biznesie robimy swoje. Krok po kroku realizujemy założoną strategię. Dołączył do nas partner z długoletnią wiedzą w networku, zaczęła się inna jakość. Tego potrzebowaliśmy. Przygotowujemy się do wprowadzenia nowych, dodatkowych produktów. Pod koniec września lecę do San Diego na konferencje ADA (American Dietetic Association – Amerykańskie Stowarzyszenie ds. Żywienia - red.), gdzie spotykam się z największymi sławami dietetyki. Później podróż na Daleki Wschód, spotkania z partnerami i dostawcami.
S: A pozazawodowo?
MK: Podjąłem decyzję startu w Ironman na Hawajach.
S: Rozpoczął pan już przygotowania?
MK: Tak.
S: Co będzie najtrudniejsze?
MK: Jak się odpowiednio długo pływa, biega i jeździ na rowerze, to nie ma trudnych rzeczy. Najwięcej muszę popływać.
S: Życzę powodzenia i dziękuję za rozmowę.
MK: Dziękuję.
Komentarze
-
Gratuluję! Jestem pod wrażeniem!
Przejrzyste, wyważone, bez inwektyw. Niech spornymi sprawami prawnymi zajmuje się sąd, niech o własnej przeszłości ludzie myślą sami (bo ją znają, nawet jeśli chcą ukryć), niech w sieciowym marketingu konsumenckim panuje etyka. Bo bez etyki nie powstanie marketing społecznościowy. I wszystko pasuje mi do obrazu, jaki poznałem, przystępując do EarthPower: znakomity produkt, znakomity Plan Marketingowy, znakomita Firma (właściciele i współpracownicy) ze wspaniałą atmosferą, znakomite wsparcie szkoleniowe (będące częścią Planu Marketingowego!) w postaci Akademii Sukcesu, i wszystko to tworzące spójną całość. I młodzi ludzie, którzy wszystko, czego się podejmą, robią w skali od 0 do 10 na co najmniej... 13.
I nic dziwnego, że po ogłoszeniu planów zostania numer 1 na świecie (tak, na świecie, a nie tylko w Polsce) zawrzało.
Pozdrawiam wszystkich rzeczywistych i rzetelnych miłośników PhytoChi, EarthPower (wraz z nowymi markami) i życzę (także sobie) wytrwałości.
Andrzej Metera, Gold Partner EPE - (...)
-
Ironman - budzi respekt i szacunek , powodzenia :)
Przejdź do całej dyskusji na forum
Polecane artykuły
- Najbardziej motywują mnie podróże
- Bez celu życie staje się bezcelowe
- Flavon max Klub - Szkolenie Diament Elit & President 2011
- Źdźbło trawy i gwiazdy
- Do szkoły czas iść!
- Życie jest fascynujące
- Jestem nowym graczem
- "Nie tłumacz się, działaj!"
- Po co nam Adam?
- Super sobota z Randym Schroederem
- Coach na zajęciach fitness, cz. 3
- Coach na zajęciach fitness, cz. 2
- Coach na zajęciach fitness, cz. 1
- Nowa marka na rynku szkoleń
- Wygraj książkę Briana Tracy z autografem... i nie tylko
- 7 urodziny Colway
- Brian Tracy
- Święto FM Group
- Dlaczego warto zapraszać znajomych do Suportio?

